Wzdłuż Odry i Nysy rowerem: Zgorzelec – Szczecin

← Wszystkie wpisy

Dzień 0

Około 15 pociąg z Warszawy Wschodniej do Zgorzelca. Upał. SKM, która miała mnie zawieźć na Wschodnią spóźniona tak, że bym nie zdążył. Podwozi mnie Agnieszka, ale psuje jej to trochę plany dnia.

Po drodze srogie burze, pociąg trochę stoi, bo burza uszkodziła infrastrukturę. Docieramy do kwatery koło dworca około 22.

Czeka tam na nas Bart, który pojawia się bez zapowiedzi i jedzie z nami. W nocy burza.

Dzień 1, sobota. 108 km, 5h14m, 20.7 km/h

Rano solidne śniadanie w śniadaniowni za rogiem i ruszamy w trasę około 8:30. Bart na fullu z fikuśnymi małymi sakwami w kształcie rakiet. Patryk na nowym rowerze miejskim z torbami bikepackingowymi. Jasiek, Piotrek i ja z sakwami.

Po drodze walczymy parę razy z oponą Barta, która nie może się ułożyć i ma gulę. Gorąco. Zgorzelec pachnie lipami. Poniemiecki wygląd i klimat miasta. Przekraczamy granicę na Nysie. Zero patroli. Po niemieckiej stronie miasto trochę bardziej zadbane.

Zaraz zaczyna się asfaltowa droga rowerowa przez wsie i tereny nadrzeczne. Dużo ptaków, wszystko pachnie. Architektura trochę inna niż u nas, więcej cegły, niższe płoty albo otwarte podwórka. Ale nie jakoś super zadbane. Nie bardziej niż w Polsce. Pusto, widać mało ludzi, głównie starszych. Na tabliczkach obok niemieckich nazw miejscowości pojawia się też łużycki. Czyta się trochę jak czeski.

Przez dziesiątki kilometrów nie spotykamy żadnego sklepu ani bankomatu. W miejscowościach spotykamy nieraz pozamykane, zaniedbane lub opuszczone budynki. Upał straszny, ale jest cały czas lekko z górki, więc lecimy 22-24 bez większego wysiłku. Świetne ścieżki rowerowe, cały czas asfalt. Poza tym to pierwszy dzień, więc jest energia.

Nad Nysą krótki przystanek w wiatce. Spotykamy młodego Czecha, który jedzie sam z Czech na północ Szwecji. Planuje ponad 2 000 km w 60-70 dni.

Przerwę na lody robimy w Polsce, w Przewozie, bo dopiero tam znajdujemy sklep. Od spotkanego pod Dino elektryka Patryk pożycza klucz nasadowy, żeby poprawić trzeszczący pedał. W niemiłosiernym upale wracamy na niemiecką stronę i kontynuujemy trasą rowerową na północ.

IMG_3929.webp

Następna większa przerwa dopiero w Łęknicy, znów po polskiej stronie. Łęknica, małe miasteczko przygraniczne, pustawe. Siedzimy przy stoliku przed Żabką, obserwujemy mały ślub cywilny, elegancko ubrani ludzie, może ze 30 osób, wysypują się z USC, chwilę się kręcą, potem jadą przy dźwięku klaksonów, pewnie na imprezę. Państwo młodzi z dzieckiem.

Znad Niemiec nadchodzą czarne chmury burzowe, ktoś nas ostrzega, że właśnie wrócił z Niemiec i że straszna tam burza. Ale według Windy główna nawałnica powinna przejść na północ od nas, a nas ewentualnie zahaczyć dołem. Szukamy jednak zawczasu schronienia przy innym sklepie, pod murowanymi arkadami.

Za chwilę przychodzi krótka, ale intensywna ulewa, zgodnie z prognozą. Pod arkadami chroni się też dwójka lokalsów – młoda kobieta w skąpym stroju i starszy facet. Są razem, ale trudno powiedzieć na jakich zasadach. Palą, piją piwo. Facet rzuca kilka dwuznacznych uwag pod adresem koleżanki. Czas mija wesoło, deszcz przyjemnie schładza atmosferę.

Po deszczu jeszcze szybkie zakupy i wracamy do Niemców. Po deszczu jedzie się dużo przyjemniej, do kempingu w Sacro 25 km. Po pewnym czasie wraca upał.

Kilka km przed kempingiem Bart łapie poślizg na zakręcie i zalicza glebę. Zdziera sobie kolano i obija bark.

Na kemping dojeżdżamy około 17. Jest gasthaus z pokojami, domki, restauracja i niewielkie pole namiotowe. Godzinę po nas dociera z Berlina Antek. Jemy sznycle i pijemy lokalne piwo.

Śpię w namiocie z Jaśkiem. Piotr z Patrykiem, Bart ma swój namiot, Antek na ławce.

Dzień 2, niedziela. 130 km, 6h40m, 19.4 km/h

Wstaję o 5:40. Planuję wyjechać o 6 i na 8 być na mszę w Gubinie, po polskiej stronie, 30 km.

Jasiek też wstaje. Mówi, że kiepsko się czuje i leci na pociąg do Zielonej Góry, a stamtąd do domu. Nie biorę od niego namiotu, bo jest po jednym miejscu u Barta i u Piotrka, więc szkoda wozić dodatkowe kilogramy.

Piękny poranek, słońce nisko, nad rozlewiskami Nysy, wstają mgły, śpiewają ptaki, widać siwe czaple. Po wczorajszym upale przyjemnie przejechać się o chłodzie poranka. 30 km do Gubina robię na raz. Mam jeszcze trochę zapasu.

Po mszy kręcę się chwilę po polskiej stronie Gubina. Plac z ładnym ratuszem, ruiny wielkiej katedry i w sumie niewiele więcej. Śniadanie w Żabce i lecę dalej.

IMG_9545.webp

Przy wyjeździe z Gubina łapię gumę. Staję, żeby załatać, wtedy dogania mnie Bart. Rusza pierwszy, bo jest po wczoraj obolały i chce jechać wolniej, w swoim tempie. Kilka kilometrów za Gubinem znowu guma. Okazuje się, że źle załatałem.

Na postoju dogania mnie reszta - Piotrek, Patryk i Antek. Antek na nowym gravelu. Przyjeżdża z plecakiem kurierskim, ale przy takim upale ciężko byłoby jechać, więc chłopaki pomogli mu przytroczyć go do bagażnika. Jedzie prawie jak bike packer.

Koło naprawione, lecimy dalej. W Ratzdorf, gdzie Nysa wpada do Odry, a Odra staje się polsko-niemiecką granicą, stajemy pierwszy raz w niemieckiej knajpce na wursta i zimnego weizena. W upale smakuje wyśmienicie. Bart jest ciągle około 10 km przed nami.

W Eisenhüttenstadt, większym mieście przejeżdżamy przez rzekę. Zaczyna się chmurzyć. Windy twierdzi, że z zachodu idzie deszcz i za 40 minut raczej nas nie ominie. Za 15 km jest jakaś wiata koło Aurith, powinniśmy zdążyć, żeby się schować przed deszczem.

Jedziemy, trochę nam wieje w twarz, droga idzie wolno. Zaczyna kropić. Docieramy do Aurith, większy deszcz jednak nie przychodzi, a w Aurith zamiast wiaty trafiamy na restaurację. Pani nam poleciła Bauernfrühstück, śniadanie farmera, czyli olbrzymi omlet z podsmażonymi ziemniakami, cebulą i boczkiem. Na deser Apfelstrudel.

Najedzeni decydujemy dołożyć do dzisiejszej trasy 20 km i zamiast do Lebus, gdzie kemping jest niepewny, pojechać za Küstrin-Kietz na fajny kemping.

We Frankfurcie w końcu jakieś życie, spotykamy kilka otwartych knajp i bankomat, rzadko spotykane rozwiązanie na tych terenach. Chłopaki biorą gotówkę, bo często nie można płacić kartą, a zapasy topnieją. We Frankfurcie kawa, w Słubicach szybkie zakupy.

Do Lebus jakoś idzie. Patryk przodem, Bart nadal sporo przed nami. Piotrka, Antka i mnie w Lebus łapie deszcz. Chronimy się pod wiśnią i jemy z niej wiśnie. Jakiś przechodzień poleca drzewo pięć drzew dalej. Przenosimy się więc, a to czereśnia. Umilamy sobie czekanie na koniec deszczu czereśniami.

W końcu trochę przechodzi. Ruszamy ostatni etap 20 km. Późne popołudnie, ładne światło, jedziemy przez pola, mijamy sarny, zające i ptaki, potem wałem nad Odrą docieramy na miejsce.

IMG_9548.webp

Na kempingu kuchnia już zamknięta, ale po późnym obiedzie jesteśmy pełni. Na samym kempingu też pełno czereśni, a między namiotami i kamperami przechadza się bocian Gustaw.

Spotykamy starszego Anglika, który podróżuje sam z sakwami i namiotem na bromptonie. Śpimy z Antkiem na ławkach.

Dzień 3, poniedziałek. 84 km, 4h38m, 18.1 km/h

Wstajemy o 6. Ruszamy o 7:45, bo długo trwa obozowa krzątanina, owsianki, kawki, toaleta, pakowanie. Morale słabe, niektórzy zmęczeni czy obolali.

Trochę chłodniej, ale wiatr w oczy. Jedziemy wałem nad Odrą. Widoki ładne, ale po pewnym czasie robi się monotonnie. Częste przerwy.

Jemy niemiecki obiad gdzieś przy trasie rowerowej. Poza dużymi miastami mało kto mówi po angielsku, więc Antek robi za tłumacza.

10 km przed Cedynią zwiedzamy stary kratownicowy most kolejowy, przerobiony na ścieżkę rowerową i wieżę widokową nad Odrą i rozlewiskami. Ładne widoki.

W Osinowie przeprawiamy się na polską stronę na zakupy spożywcze i kawkę w Macu. Przygraniczne polskie miejscowości zrobione pod Niemców. Zigaretten, alkohol, stacje paliw, ceny w euro, napisy po niemiecku, gdzieniegdzie niemieckie flagi.

Zaraz dalej z zachodu dopływa Stara Odra i łączy się częściowo z Odrą przez system śluz, który mijamy. Dalej jedziemy wzdłuż Starej Odry i tak dojeżdżamy do Schwedt na kemping.

Kemping elegancki, z recepcją, pani mówi po angielsku, można płacić kartą, prysznice mnogie i czyste. Na miejscu zamieniamy słowo z Niemcem, który też przyjechał tu na jedną noc rowerem. To psychiatra sądowy. W przyszłym roku idzie na emeryturę, a wygląda najwyżej na pięćdziesiątkę.

Śpimy nad samą Starą Odrą, przy zacumowanych łódkach. Noc chłodniejsza i wilgotna przy wodzie. Antek trochę zmarzł na ławce. Ja śpię z Piotrkiem i Patrykiem w namiocie.

Na kolację idziemy na miasto. Ale miasto jak wymarłe, wszystko zamknięte, mało kogo widać. Znajdujemy otwarty kebab i tam się stołujemy. Pierwszy raz trafiamy też na otwarty niemiecki sklep spożywczy.

Dzień 4, wtorek. 54 km, 3h03m, 17.8 km/h

Wstaję o 6 i o 6:40 ruszam sam, żeby uniknąć obozowej krzątaniny. Antek wraca z Schwedt pociągiem do siebie.

Pierwsze 30 km do Mescherin robię bez przerwy. Tam robię postój na drugie śniadanie i czekam na resztę. Bart zmęczony, boli go noga.

Pozostałe 20 km już po przedmieściach Szczecina. Po trzech dniach w głuszy średnia przyjemność.

Jeszcze obiad w Szczecinie i o 13:30 łapiemy pociąg powrotny.