Mazowsze rowerami z piątką dzieci i rowerem cargo
← Wszystkie wpisySiedem osób, pięć rowerów, pięcioro dzieci i 267 kilometrów przez wschodnie Mazowsze. Upał dochodzący do 38 stopni, solidna burza, prom przez Wisłę, kąpiele po drodze i pobudki przed piątą rano. Jedziemy z Józefowa przez Stoczek Łukowski, Dęblin, Słowiki, Maciejowice i Łaskarzew, śpiąc w namiotach i wioząc ze sobą cały potrzebny sprzęt. To sześć dni rodzinnej wyprawy, podczas której okazuje się, że z dziećmi łatwiejsza bywa sama jazda niż postoje, a dobry plan to przede wszystkim taki, który można po drodze zmienić.

W drogę
Pierwszego sierpnia ruszamy całą rodziną na pętlę rowerową przez Mazowsze. Agnieszka, Ewa, Bruno i Stefan na własnych rowerach, ja na rowerze cargo (bakfiets) z dziewczynkami. Wieziemy namioty, sprzęt do spania, podstawowy sprzęt do gotowania i tyndalizowane jedzenie na pierwsze dwa dni. Plan jest prosty: jedziemy przez wschodnie Mazowsze, śpimy pod Stoczkiem Łukowskim, szukamy źródeł Świdra, nocujemy na glampingu w Podebłociu, dalej Wyspa Wisła i Dęblin, zatrzymujemy się u dziadków w Słowikach, a potem wracamy promem przez Świerże, Łaskarzew i dolinę Wilgi do Józefowa. Kierunek jest turystycznie mało oczywisty. Infrastruktury niewiele, ale ciekawie jest zobaczyć miejsca spoza turystycznej mapy Polski, do których normalnie by się nie pojechało.
Bagaż rozdzielamy między wszystkie rowery. Agnieszka i Ewa mają po dwie sakwy, chłopaki po jednej. Bruno i Stefan wiozą po namiocie, Ewa dodatkowo dwa koce piknikowe. Do bakfietsa trafiają przede wszystkim rzeczy lekkie, ale duże: rzeczy kąpielowe, zapas wody, a w sakwach dwa śpiwory, dwie maty samopompujące i karimata.
Mamy dwa namioty, trzy- i czteroosobowy. W czwórce śpią dziewczyny na matach i karimacie, przykryte rozłożonymi śpiworami. Ja z chłopakami śpię w trójce na kocu piknikowym, przykryty drugim. Noce mają być ciepłe, więc powinno wystarczyć.
Dzień 1 — Stoczek Łukowski
Ruszamy po 8:00 przez Kopki i jaz w Woli Karczewskiej. Pierwsza przerwa na placu zabaw, a po kolejnych ośmiu kilometrach zatrzymujemy się na lody w Sufczynie. Potem jeszcze postój przy drewnianej kaplicy w Radachówce.
Szybko okazuje się, że rower cargo bez wspomagania na długiej trasie to jednak zupełnie inna jazda niż zwykły rower z sakwami. Oceniam wysiłek na jakieś półtora raza większy. Wyprostowana pozycja i bardzo miękkie miejskie siodełko, przyjemne na kilka kilometrów po mieście, na dłuższym dystansie przegrywają z bardziej sportową pozycją. Do tego masa i miejskie przełożenia. Pod górkę jest bardzo ciężko. Za to z górki bakfiets jedzie znakomicie.
Robi się gorąco. Stefan ledwo daje radę. Robimy dłuższą przerwę przy drodze, bo wszyscy są już zmęczeni. Po niej sytuacja wyraźnie się poprawia i znowu jedzie się dobrze.

Dziewczynki cieszą się podróżą. Siedzą przede mną w skrzyni, nie marudzą, oglądają świat i rozmawiamy. Darii szczególnie podobają się kukurydza i gnój. Liczy też mijane hydranty. Uli wyprawa się podoba, choć zaznacza, że sama niekoniecznie chciałaby tyle pedałować. Wolałaby leżeć na łące i wąchać kwiaty. Na razie jednak na każdym postoju zbiera kwiaty i wręcza innym bukiety.
Paradoksalnie największy problem jest na postojach. Podczas jazdy każdy ma konkretne zadanie: jedzie. Po zatrzymaniu zaczyna się robota rodzica. Starsi są zmęczeni i marudzą albo się kłócą, młodsze przeciwnie — przez ostatnią godzinę siedziały w skrzyni roweru, więc mają dużo energii. Człowiek chciałby usiąść i odpocząć, a trzeba ogarniać dzieci, konflikty, jedzenie, bagaże i sprzęt.
Ewa jedzie swoje, często sama z przodu, czasem z Brunem. Nie narzeka, na postojach nie wdaje się tak bardzo w spory i nie wymaga specjalnej uwagi. Ma już za sobą kilka wyjazdów i po prostu wie, co robić.
Pod koniec dnia nadchodzi sroga burza. Najpierw chronimy się pod wiatą, potem jeszcze dwa razy na przystankach. Kiedy przechodzi, wszystko się zmienia. Robi się rześko, mokra droga paruje. Wokół leży dużo połamanych gałęzi, a na niebie pojawia się tęcza.
Jedziemy przez lasy, rozległe łąki i wsie. Trwają żniwa, pracują kombajny. Po drodze bociany, sarny i krowy. Wszystko kwitnie i pachnie. Drogi są bardzo dobre i prawie puste.

Nocleg w Starym Młynie pod Stoczkiem jest osobliwy. Miejsce wygląda, jakby swój szczyt świetności miało gdzieś w latach 90. Gospodarz też jest dość dziwny, a jego ciągła obecność trochę krępująca. Ale jest gdzie rozbić namiot, wykąpać się i odgrzać kolację, a na koniec dnia kupujemy w nagrodę colę. Dzisiaj zaliczamy najdłuższy z planowanych etapów - 68 km.
Mimo zmęczenia wszystkim dzień bardzo się podobał.
Dzień 2 — Podebłocie
W nocy przechodzi jeszcze lekka burza. Rano namioty nie są do końca suche, ale co ważniejsze — nikt nie wygląda na zmęczonego po pierwszym dniu. Jest chęć na dalszą drogę.
O dziewiątej idziemy na Mszę w Stoczku. Potem przebieramy się na rynku i ruszamy w stronę źródeł Świdra.
Jedzie się zaskakująco gładko. Jest trochę chmur, więc nie dokucza upał. Drogi są większe i bardziej ruchliwe niż poprzedniego dnia, ale nadal jedzie się dobrze.
W okolicy Jagodnego i Świdra napotykamy pierwsze strugi tworzące potem Świder. Wyglądają trochę jak niewielkie, zarośnięte kanały melioracyjne. Do samych źródeł nie docieramy, bo trzeba byłoby brodzić po trawach w głąb łąk.
W Żelechowie robimy postój na lody, który szybko kończą osy. Zbieramy się i jedziemy dalej.
Koło Trojanowa dziewczynki zaczynają mieć już dość siedzenia w skrzyni. Puszczamy im muzykę i na jakiś czas problem znika.
Największa wpadka dnia czeka na nas w Podebłociu. Osada jest źle oznaczona na mapie. Zjeżdżamy długim, ostrym zjazdem, żeby po chwili odkryć, że trzeba wrócić dokładnie tą samą drogą. Dostajemy gratis cztery dodatkowe kilometry i podjazd pod górę, z której przed chwilą zjechaliśmy.
Docieramy na glamping do Siedliska Stasin. Byliśmy tu już na rowerach dwa lata wcześniej z Ewą i Brunem. Od tego czasu stodoła została zaadaptowana na świetlicę, trochę wszystko zarosło i jest nowy basen.

Na obiad spaghetti z własnego słoika. Weki robią robotę: zamiast organizować gotowanie dla siedmiu osób, otwieramy gotowe jedzenie i je podgrzewamy.
Śpimy komfortowo w dwóch namiotach glampingowych, z łóżkami i meblami w środku. Wieczorem wybieramy się jeszcze na wycieczkę pobliskim wąwozem z malowniczą rzeczką na dnie, z której Stefan nie jest jednak zadowolony. Po drodze gramy w berka na belach siana.

Dzień 3 — Słowiki
Do dziadków w Słowikach mamy tylko 35 kilometrów. Jest za to gorąco.
Do Stężycy jedziemy dość głównymi drogami, ale sporo jest z górki, więc kilometry uciekają szybko. Mniej więcej w połowie zatrzymujemy się na Wyspie Wiśle.
To jest porządny popas. Kąpiemy się w starorzeczu, wszyscy oprócz Agnieszki, wygłupiamy się w wodzie i odpoczywamy od upału. Wyciągam też mikrokuchenkę i gotujemy kawę. Kawa zrobiona na kuchence gdzieś po drodze jest jedną z tych małych przyjemności, dla których warto wziąć trochę więcej sprzętu.
Potem jedziemy malowniczym wałem wzdłuż Wisły do Dęblina, a dalej szutrami przez Łoje w stronę Mozolic.
Dziewczynki zaczynają źle znosić upał. Dla urozmaicenia przez jakiś czas jadą na bagażnikach.
Na jednym z krótkich postojów dochodzi do bójki między Stefanem i Brunem. Nie wiadomo nawet do końca, o co poszło, ale kończy się próbą zepchnięcia Bruna razem z rowerem na pobocze. Muszę interweniować. Od Mozolic dostajemy za to wiatr w plecy.
W Słowikach czeka basen, obiad i lody. Później dzieci oglądają Hobbita, a my z Agnieszką jedziemy jeszcze do Garbatki odwiedzić Babcię, Zuzkę i Adama.
Mieliśmy ruszać dalej następnego dnia, ale zmieniamy plan. Mamy zapas czasu i wszyscy chętnie odpoczną. Gdybyśmy pojechali zgodnie z pierwotnym planem, byłaby właściwie tylko chwila postoju, a zaraz potem znowu pakowanie całego majdanu i dalsza droga.
Zostajemy jeszcze jeden dzień.

Dzień 4 — Słowiki
Jest upał.
Dziadkowie jadą ze starszakami do Kozienic na zakupy i nad wodę. Bruna boli brzuch, więc przez większość dnia poleguje albo śpi.
My zostajemy z dziewczynkami. Większość dnia spędzamy w basenie.
Po trzech dniach jazdy bardzo nam to odpowiada.
Dzień 5 — Rębków-Parcele
Prognoza mówi o temperaturze dochodzącej do 38 stopni. Nie ma sensu próbować normalnie jechać w takim skwarze. Postanawiamy ruszyć o świcie i dotrzeć na kemping nad Wilgą, zanim zrobi się naprawdę gorąco. Potem planujemy już tylko siedzieć w rzece.
Wieczorem pakujemy wszystko, co się da. Budzik dzwoni o 4:40. O piątej jesteśmy gotowi do jazdy.
Bruno nadal nie czuje się najlepiej. Robi testową rundkę po podwórku. Do końca nie jest pewien, czy jechać, ale ostatecznie decyduje, że zostaje z dziadkami.
Ruszamy bez niego.
Jedziemy przez Kępeczki, asfaltami i szutrami. Słońce dopiero wschodzi. Po wczorajszym upale poranny chłód jest kojący. Puste drogi, łąki, pola, śpiewające ptaki. Dziewczynki drzemią w bakfietsie.
Ula narzeka na brzuch. Obawiamy się, że to to samo co u Bruna. Ale po chwili przechodzi, więc jedziemy dalej.
W tle rośnie elektrownia w Kozienicach. Docieramy do promu i przeprawiamy się na drugą stronę Wisły. Tam robimy śniadanie na wale przy łące.
Specjalnie odjeżdżamy kawałek w głąb wału, żeby oddalić się od psa szczekającego w pobliskim gospodarstwie. Ula idzie zbierać kwiaty. Oczywiście najładniejsze rosną przy samym płocie, więc pies i tak szczeka.

Przez Maciejowice jedziemy do Łaskarzewa. Ruch jest trochę większy, ale droga idzie szybko. W Łaskarzewie zatrzymujemy się na pizzę i lody.
Zostaje ostatnie dziesięć kilometrów. Jest już skwar.
Koło jedenastej docieramy na kemping w Rębkowie-Parcelach. Właściciele oprowadzają nas po prywatnym muzeum staroci i sprzedają nam jajka. Plan działa: najgorętszą część dnia możemy spędzić w Wildze. I tak też robimy. Reszta dnia upływa właściwie w rzece.
Noc jest tak ciepła, że śpimy w namiotach bez tropików.
Dzień 6 — Józefów
Znowu ruszamy wcześnie. O szóstej jesteśmy w drodze, żeby jak najwięcej kilometrów zrobić przed upałem.
Jedziemy bocznymi drogami, głównie po asfalcie. Ewa jak zwykle jedzie gdzieś z przodu. Śniadanie jemy na polanie w lesie.
Nagle zaskakuje nas krótki deszcz, właściwie nie wiadomo skąd. Po poprzednim dniu spędzonym na uciekaniu przed 38-stopniowym upałem jest to dość niespodziewana odmiana.
Robimy jeszcze krótki postój w Celestynowie. Daria szaleje.
Ale czuć już koniec wyprawy. Nie mamy szczególnej ochoty przedłużać postojów. Zbieramy się szybko, bo teraz chcemy już po prostu dojechać do domu. Stefan jest zmęczony.
O jedenastej jesteśmy w Józefowie.
Sześć dni w trasie, pięć dni jazdy, 267 kilometrów w nogach.

Co zadziałało
Średnia prędkość wyszła nam około 15 km/h. Dzieliliśmy dzień na odcinki po mniej więcej 15–20 kilometrów i to okazało się bardzo dobrym rozwiązaniem. Odcinki były wystarczająco długie, żeby przesuwać się po mapie, ale nie tak długie, żeby dzieci miały dosyć jazdy. Po każdym była konkretna przerwa: lody, kąpiel, plac zabaw, jedzenie albo po prostu siedzenie przy drodze.
Wzięliśmy około pięciu litrów wody w bidonach i dodatkową pięciolitrową butelkę. Przy upałach zapas zdecydowanie się przydawał.
Ze sprzętu kuchennego mieliśmy mikrokuchenkę, mały garnek, siedem kubków, cztery metalowe talerze, kilka papierowych i sztućce dla każdego. Część była awaryjna. Garnka i papierowych talerzy ostatecznie nie użyliśmy, nie potrzebowaliśmy też wszystkich kubków. Na każdym kempingu były garnki, talerze i sztućce. Kubki przydawały się przede wszystkim do kawy gotowanej w trasie.
W zasadzie wszystko, co zabraliśmy, okazało się potrzebne albo przynajmniej rozsądne jako zabezpieczenie. Nie wieźliśmy rzeczy, o których po powrocie można powiedzieć: po co nam to właściwie było? Jedyne czego czasem brakowało to turystycznego sznurka do suszenia prania i ręczników.
Największym odkryciem nie był jednak sprzęt.
Wyprawa z dziećmi jest dziwna pod tym względem, że sama jazda bywa jej prostszą częścią. Kiedy wszyscy siedzą na rowerach, wszystko działa. Każdy wie, co ma robić. Jedziemy.

Trudniej robi się wtedy, kiedy teoretycznie zaczyna się odpoczynek. Trzeba znaleźć rzeczy w sakwach, rozpakować się, rozstawić namioty, zrobić jedzenie i pilnować, żeby nic nie zginęło. Starsze dzieci właśnie przejechały kilkadziesiąt kilometrów, więc są zmęczone. Młodsze właśnie przejechały kilkadziesiąt kilometrów, siedząc wygodnie w bakfietsie, więc mają mnóstwo energii.
Ale system działa.
Piętnaście–dwadzieścia kilometrów jazdy, postój i następne piętnaście. Gdy jest za gorąco, ruszamy o piątej rano. Gdy wszyscy potrzebują odpoczynku, zmieniamy plan i zostajemy dzień dłużej. Gdy Bruno źle się czuje, zostaje u dziadków. Plan okazuje się raczej punktem wyjścia niż czymś, czego trzeba się trzymać za wszelką cenę.
Po powrocie pytanie jest więc oczywiste: czy pojechalibyśmy jeszcze raz?
Wszyscy poza Darią — tak.